Strona:PL W klatce.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


latarnie. Gdy spełnił tę ostatnią czynność, wszedł na ganek pan Dembowski.
— A cóż, Ignacy! — ozwał się grubym swoim basem — pani nie przyjeżdża, mosanie tego, co?
— Przyjedzie — odpowiedział stary — już kiedy napisała, że przyjedzie, to przyjedzie.
— Prawda, że ona bardzo akuratna, mosanie tego.
— Rychtyk, jak zegarek. Co w tém, to poszła po ojcu; już kiedy, bywało, co powié, to jak amen w pacierzu, choćby pioruny biły, tak musi być i koniec.
Z dala, łagodny wietrzyk wiosenny, przyniósł odgłos pocztowego dzwonka.
— Ot, jedzie! — zawołał Dembowski, i zaczął nasłuchiwać.
— Jedzie! — zawtórował sługa, i słuchał także.
Ale im bardziéj zbliżał się dzwonek, tém większy wyraz rozrzewnienia zalewał twarz starego Ignacego. Słuchał i mrugał oczyma, posłuchał jeszcze i zagryzł siwego wąsa. Dzwonek był tuż, tuż blizko bramy. Ignacy skrzywił się potężnie i wierzchem ręki pociągnął po zwilgotniałych oczach.
Dembowski patrzył na niego i zaśmiał się swoim rubasznym, głośnym śmiechem.
— A cóż to, mosanie tego! — zawołał — cebuli powąchałeś, Ignacy, że ci łzy płyną z oczu?
— Oj, nie cebuli powąchałem, ale stare czasy przypomniałem — odparł Ignacy. — Przecież to ja