Strona:PL W klatce.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skończył hymn czwarty; — co za kolosalną pan masz pamięć!
— Bracie duchowy! — wygłosił wieszcz — umiem na pamięć czterdzieści tysięcy wierszy, wyłonionych z moich głębin duchowych.
Tą razą Cypryan gwałtownie już i stanowczo pochwycił kapelusz.
— Panie szanowny! — zawołał — inną razą obficiéj mi udzielisz skarbów swojéj pamięci, a teraz pójdźmy do pani Kameleon, bo niedobrze jest, aby bogini czekała.
— Masz słuszność, bracie duchowy — odparł, ostatnim argumentem przekonany, wieszcz, — pójdźmy!
Po chwili obaj wyszli na ulicę, kierując kroki ku mieszkaniu bogini.
Pani Kameleon siedziała w salonie swoim na kozetce, z gazetą w ręku, smutna czy znudzona, bo piękne jéj brwi lekko były zsunięte i usta ułożone z wyrazem niezadowolenia. Ubrana była w suknią zupełnie czarną, z żałobnym paskiem i żałobną na szyi wstążeczką. W stroju kobiet często się odzwierciedla wewnętrzne ich usposobienie i Bóg tylko wié, jakie smętne myśli były w głowie pięknéj kobiety, gdy kładła na siebie to żałobne ubranie.
Lokaj kilka razy oznajmiał różne wizyty, a ona, nie odrywając oczu od szpalt dziennika, odpowiadała ciągle: nie przyjmuję! ale nareszcie, gdy sługa wy-