Strona:PL W klatce.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piętrowych domów, ścigał na chodnikach wszystkich blondynów, jak duch Banka pojawiał się we wszystkich cukierniach i restauracyach, wzywał na pomoc wszystkie bożki pogańskie, a o biurze adresowém... ani pomyślał.
W taki sposób zaczął się dla trojga tych ludzi rok nowy. Kobieta czekała, młody mężczyzna spodziewał się i szukał, a poeta wzywał bogi i szukał także.
Raz, gdy, narażając na pośmiewisko swoję wieszczą godność, Konwalius Konwaliorum gonił jakiegoś wysokiego i szczupłego blondyna przez całe Krakowskie Przedmieście i, straciwszy go z oczu, patrzył na okna domu, w którego bramie, jak mu się zdawało, zniknęła jego zguba, ozwał się za nim głos jednego ze znajomych:
— Czego tak pilnie wypatrujesz? panie Pantaleonie.
Poeta, słysząc się wezwanym swojém doczesném mianem, spojrzał na swego znajomego i odrzekł:
— Chcę się dowiedziéć, gdzie mieszka on?
— Kto to ton on?
— Młodzieniec.
— Jaki młodzieniec?
— Którego chce ujrzéć ona.
— Kto go tam zdoła zrozumiéć ? — szepnął znajomy, a głośno dodał: