Strona:PL W klatce.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A ksiądz proboszcz, czy już nas opuszcza?
— Nie — odrzekł ksiądz — my z Lucyanem pogwarzymy jeszcze trochę w jego pokoju.
— A no, to już ja pójdę sobie, dziecko moje kochane — rzekła, obejmując jedną ręką szyję pochylonego przed nią syna, a drugą przesuwając po jego czarnych włosach, któremi się snać szczególniéj lubowała.
— Czy uwierzy ksiądz proboszcz — mówiła daléj — że Lucyś, kiedy był mały, miał włosy jasne jak len, potém zaczęły robić się coraz ciemniejsze, a teraz takie czarne, jak krucze pióra.
Proboszcz stał o parę kroków i w milczeniu patrzył na grupę, złożoną z młodego człowieka o pięknéj i bladéj twarzy, pochylonego pod dłonią matki i ze staréj kobiety, pieszczącéj się z włosami swego jedynaka.
— No, dobranoc ci, moje dziecko — rzakła wreszcie pani Dolewska, całując syna w czoło. — Bóg z tobą; dobranoc księdzu proboszczowi, dziękuję za odwiedzenie i za łaskawą przyjaźń dla mego Lucyana.
Gdy pani Dolewska wyszła do swojéj sypialni, Lucyan, wziąwszy świécę, otworzył wązkie drzwiczki, znajdujące się między piecem i zegarem i uczyniwszy ręką gest, zapraszający księdza, wszedł tam za nim i zamknął drzwi za sobą.
Pokój, w którym się znaleźli, był wązki a długi, o jedném szerokiém, zasłoniętém sztorą i wychodzą-