Strona:PL W klatce.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się z powodu mojéj kawy i każ mi tylko przyrządzić herbatę; mnie to wszystko jedno.
— Ależ gdzież tam, wszystko jedno; alboż ja nie wiem, że kawa posilniejsza, a tyś się napracował dzisiaj, mój ty biedaku drogi! Marysiu, Marysiu! — wołała przeze drzwi — nastawiaj samowar! A gdzież to moje klucze? — mówiła daléj, szukając ich w kieszeniach swojéj sukni. — Lucysiu, poszukaj mi, moje dziecko, kluczy.
— Są tu, moja matko — rzekł Lucyan, podając staruszce pęk kluczy, które leżały na oknie przy doniczce z kaktusem.
W téj chwili we drzwiach pokoju ozwał się głos kobiecy:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
— Na wieki wieków amen! — odpowiedziała pani Dolewska.
— Pokój temu domowi!
— I temu, kto to mówi!
Z temi pobożnemi pozdrowieniami, weszła do pokoju kobieta w czarnym atłasowym kapturze, w futrze z wielkim lisim kołnierzem i z dwoma podługowatemi, pełnemi książek, workami.
— No, zapomniałaś już o mnie, moja pani Owsicka — rzekła, witając ją, matka Lucyana — zdejmże futro i kaptur, napijesz się z nami herbaty.
— Dziękuję, pani Józefowo, dziękuję, pewnie, że się napiję, nie można odmawiać darów Bożych. Panu