Strona:PL W klatce.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miejsca, tych dzwonów, które rozlegały się radośnie nad kolebką jego, ogłaszając świętą radość jego ojca, boleść i niewysłowioną rozkosz jego matki? W zadumie, w jaką pogrąża człowieka odgłos rodzinnych dzwonów, wszystkie pojęcia się wiążą: wiara, ojczyzna, kolebka i mogiła.”
To téż i do wrażliwéj duszy młodego doktora odgłos rodzinnych dzwonów wiele mówić musiał, bo twarz jego straciła wyraz surowego zamyślenia, jaki miała przed chwilą, i stała się łągodną tą męzką słodyczą, która, z po-za hartu i surowéj myśli, błyska na świadectwo istnienia tego niespożytego tła człowieczéj istoty — miłości. Z tym wyrazem na twarzy, Lucyan szybko przeszedł podwórko i otworzył drzwi domu. W sieni, do któréj wszedł, oprócz drzwi na podwórze, były jeszcze dwa wyjścia; jedno na lewo prowadziło snać do paradnych pokojów, drugie na prawo do gospodarskich. Zaledwie Lucyan przestąpił próg sieni, gdy, z za wpół otwartych drzwi na prawo, ozwał się głos kobiecy:
— Marysiu, Marysiu! a prędzéj-że nieś kawę! Czego tam siedzisz tak długo?
— Śmietanka skipiała, proszę pani — odpowiedział z dalszego pokoju piskliwy głos Marysi.
— Ach, Boże wszechmogący! — zawołał znowu głos piérwszy — co téż za niezdara z ciebie! nigdy niczego nie dopilnujesz, jak trzeba. I gdzieżeś to latała, żeś nie mogła śmietanki dopilnować?