Strona:PL W klatce.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


swojego, i widziałam szczęście na jéj twarzy, i niezawodnie piękna była powagą macierzyństwa i zasług swoich. Ale mnie każdy rok upłyniony nie do takiéj spokojnéj i poważnéj zbliża starości. Kiedy czoło moje straci białość, usta zbledną, oczy zagasną, wtedy odstąpią mnie wszyscy, dla których dziś jestem cackiem, albo przyjemném przepędzeniem czasu, i zostanę na świecie, jak śród pustyni... żadném sercem nie kochana, nie czczona przez nikogo, bez zasługi, bez pracy dokonanéj, z pustą piersią i pustemi dłońmi. I cóż mi zostanie na te długie lata, dzielące młodość od grobu, na tę szarą godzinę życia? Może ukocham papugę jaką i nauczę ją, aby mówiła mi: „piękna jesteś!” gdy ludzie mówić mi to już przestaną; albo na kolanach piastować będę parę wiernych piesków, pudelków długouchych; albo pójdę przed ołtarze skarżyć się Bogu, żółci pełnemi usty, na świat, który mię odstąpił.
Ha, dziwne myśli! zkąd mi one przychodzą? Wszak tylu ludzi mówiło mi dziś, że jestem piękna, coraz piękniejsza... a jednak nudzi mnie już to wszystko.
Przyjechałam tutaj, sądząc, że się będę jak dawniéj bawiła, a dwóch dni dosyć było, abym się znudziła śmiertelnie. Im więcéj wpatruję się w świat, im starsza jestem, tém wyraźniéj widzę, że to, za czém gonię, jest śmieszne i głupie. Poklask ludzi, zdobyty blaskiem piękności zewnętrznéj i bogactwa, owe hoł-