Strona:PL W klatce.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A to plaga! — szepnął znowu Cypryan do przyjaciela i głośno dodał: — Jestem Karłowski, mieszkania stałego nie mam, bom przed chwilą dopiéro przyjechał do Warszawy.
— A więc nawiedź kiedy moje progi, abym ci mógł ukazać wszystkie moje skarby.
— Nie zaniedbam tego uczynić. Tymczasem żegnam pana, bo zaczynają gasić światło w teatrze.
Przemocą prawie usunąwszy barykadę, złożoną z ciała poety, żywo postąpił ku drzwiom.
— Dyabli rzucili na moję drogę tego poetę! — rzekł, uszedłszy kilka kroków — niczego się porządnie dowiedziéć nie mogłem, oprócz, że istotnie nazywa się ona Kameleonem.
— Dziwaczne nazwisko — rzekł Lucyan.
— Niezmiernie dziwne, ależ dziwna téż to być musi kobieta! Co za wyraz twarzy, jakie oczy! Dziwi mię, żeś nie zwrócił na nią uwagi.
— Nie patrzyłem dziś na kobiety; śpiew pochłonął mnie zupełnie.
— Zimny jesteś, Lucyanie.
— Tak, zimny jestem — krótko odpowiedział Lucyan.
Ale światło latarni, spływające nań w chwili, gdy to mówił, zadało fałsz jego słowom, bo odkryło twarz, zalaną rumieńcem wzruszenia i oko, płonące ogniem rozkołysanéj muzyką wyobraźni. Szli w milczeniu,