Strona:PL W klatce.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! nareszcie znalazłem cię, Lucyanie, — wołał Karłowski — z otwartemi rękoma idąc do przyjaciela.
— Wracam z N., — mówił daléj Cypryan, po przywitaniu. — Chciałem skorzystać z niedawno w tych stronach ułatwionego podróżowania i odwiedzić cię. Ale powiedz, jak mogliśmy tak nieszczęśliwie się rozminąć?
— Nie byłem uwiadomiony o twoich dobrych chęciach — odpowiedział Lucyan Dolewski — i przyjechałem tu w sprawie mojéj matki, która poleciła mi odebrać od jednego z tutejszych mieszkańców, pożyczoną mu przez ojca mego, sumę pieniężną. Serdecznie żałuję, żem nie mógł przyjąć cię, ale rad jestem, że się choć tutaj spotykamy nareszcie.
Dwaj młodzi ludzie usiedli obok siebie. Sprzeczność między nimi zachodziła wielka. Młody syn bogatego właściciela i przemysłowca był obrazem swobodnéj, pełnéj wiary w przyszłość i w siebie, niczém jeszcze nie zawiedzionéj młodości. Znać było, że życie słało mu dotąd drogę kwiatami tylko, że patrzył na świat okiem Cezara, biorąc za dewizę przyszłości swojéj: veni, vidi, vici. Młody doktor, zaledwie może o rok starszy od kolegi i przyjaciela swojego, miał na sobie cechę przebytych walk i zapowiedź przyszłych burz. On także czuł się silnym; ale gdy w samego siebie spojrzał, zdawało mu się, że w piersi własnéj czyta ręką ciemnego anioła kreślone