Strona:PL W klatce.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bogu, postawili koléj żelazną i teraz człowiek jak siądzie sobie na maszynę, to tak frrrrrr... i poleci, gdzie tylko zamyśli. Daj Boże zdrowie tym ludziom, co to mają rozum i takie piękne rzeczy robią, panie mój kochany!
To powiedziawszy, otworzyła Złoty Ołtarzyk, przeżegnała się i z głębokiém westchnieniem poczęła się modlić półgłosem.
Znowu cisza zapanowała w wagonie. Młody człowiek spojrzał na kobietę, siedzącą w głębi i jednę tylko dostrzegł w niéj zmianę: zdjęła rękawiczkę, a na kształtnéj i niezmiernie białéj jéj ręce lśnił pierścień z wielkim brylantem. Rączkę tę podnosiła niekiedy do ust, jedząc karmelek, a rzutem tym odkrywała nieco zasłonę, tyle jednak tylko, że młody człowiek ujrzał parę razy białą, okrągłą bródkę. W myśli złorzeczył temu, kto piérwszy fabrykować zaczął gęste zasłony dla kobiet i błagał losy, aby Poezye Słowackiego zrzuciły z kolan nieznajoméj, bo grzeczność nakazywała-by mu je podnieść, a przy téj sposobności podjęła-by się może zasłona kobiety. Niestety! książka leżała spokojnie na kolanach swéj właścicielki, a zaciekawiony młodzieniec pytał myślą losów, dla czego przed chwilą z kolan pani Owsickiéj spadł „Złoty Ołtarzyk”, a Poezye Słowackiego leżały spokojnie? Ale los nie uznaje nigdy potrzeby tłómaczenia się z niesprawiedliwości i nielogiczności swoich.