Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chińska latarnia pod olbrzymim parasolem u sufitu dopełniała dziwaczności. Bukiety à la Makart, statuetki, wazony, patery z ceramiki i minerałów, porozstawiane z widocznem usiłowaniem niedbałości i harmonji, walały się obok kart, popielnic, niedopałków papierosów, szklanek, butelek z winem i wódką, flakonów z perfumami i pudełek z pudrem. Wykwint, pomieszany z nieładem i jaskrawością cyganerji teatralnej, mieszał się wszędzie i dopełniał. Co jaskrawsze i oryginalniejsze kostjumy sceniczne wisiały po kątach.
Bywało tu wcale inaczej po każdej bibce.
Obserwator byłby z tego urządzenia mieszkania czytał, jak z książki, z jakich sfer rekrutują się tygodniowi wielbiciele aktorki. Wszystko, co miała, czem rada się popisywała, było od kochanków.
Franek zajął kuchnię, przez którą się przechodziło. Kawałem jakiejś starej dekoracji przedzielił ją napół, w jednej połowie, gdzie był kominek, zamieszkał, z drugiej zrobił przedpokój. Mówimy: zamieszkał. Rozciągnął na dość czystej podłodze coś w rodzaju starej chustki, dywanika lub też kawała kulisy, na to strzępy jakiegoś futra — i mieszkał, bo miał się gdzie położyć i na czem. A prawda! Pod kożuch i derkę wsunął podługowate pudełko drewniane, i to tworzyło poduszkę. Jadał teraz stale śniadania. Dyrektorowa stołowała się w restauracji, a tylko śniadania jadała w domu. Franek nastawiał samowar co rano i podawał jej herbatę do łóżka, jeśli ma się rozumieć spała w domu — zato wspaniałomyślnie kazała mu sobie robić herbatę. Wywdzięczał się usłużnością. Była to natura, odpłacająca