Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Pisma - Tom 32 - Ave Patria.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Gasną wrzawy. Spotykają się, pika trafia, wgryza się w grzbiet, i bodzie, ryjąc straszną brózdę, byk się szamoce pod ostrzem, ryczy, wpiera kopytami w ziemię i z wściekłym miotem usiłuje trzasnąć rogami w konia; mocują się, jak lwy, prężą, zmagają.
— Uderzy! Uderzy! — wioną zgorączkowane szepty.
— Nie!
— Rozpruje! Z pewnością!
— Nie! Nie! O zakład, że nie!
Sto zakładów staje. Tysiące ludzi czeka z zapartym tchem. Milczenie się rozsiewa. Niepokój wstrząsa. Obawa i zachwyt, radość i zgroza. Chwila już się zdaje być godzinami. Wachlarze pomdlały, oczy gorzeją, twarze bledną, serca się tłuką.
Ale pika wciąż trzyma zwierzę na uwięzi, nie puszcza, gnie się w pałąk, zwija się już prawie w obręcz i z taką siłą odpiera, że byk nie wytrzymał i odskoczył wbok.
Amfiteatr chlusnął niebosiężną wrzawą braw, zwycięski pikador kłania się na wszystkie strony, a byk, rozsrożony bólem, spieniony, buchający krwią, co go oblewa, niby płaszczem purpurowym, rzuca się z dzikim rykiem na ludzi.
Kapy otaczają go szumiącym wirem błyskawic.
Nie pozwala się osaczyć, przelatuje jak wicher, zabija konie, rwie kapy, zawraca niespodzianie, napada podstępnie, bije w ciżby, miota się jak grom, chce przerwać tę straszną obręcz i uciec…