Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z bijącem sercem jakichś cieplejszych słów; ale on raptem się odwrócił, i, nie tknąwszy nalanego już piwa, poleciał do mieszkania.
Raciborski, przyodziany w jego kożuszek, siedział w głębokim fotelu, z fają w zębach, i okryty kłębami dymu, jak obłokiem, czytał gazetę.
— Zrobię wam gorącej herbaty. Samowar jeszcze syczy! — proponował łaskawie.
— Ma pan łaski u Magdzi! Gorący samowar o tej porze! No, no!
— Bo ja mam na kobiety, panie dobrodziejski, niezawodną metodę: podchlebiam i obiecuję złote góry; tylko głupia oprze się temu!
Uśmiechnął się, podając mu herbatę.
Józio pił chciwie, a równocześnie błądził lękliwemi spojrzeniami po zakurzonych portretach praojców. Raciborski poszedł za jego oczami i odezwał się wesoło.
— Oglądałem je w dzień. Dużo warte, ja się znam na tem… Niejednemu bratu pomagałem spuścić antenatów, że teraz paradują u nowych, pejsatych potomków! Mógłbym je panu przehandlować! Każdy wart tak, łeb w łeb, po sto blatów! Pocóż się mają wędzić, sieroty?
Roześmiał się tak cynicznie, aż Józio się wzdrygnął.
— Panby sprzedał nawet rodzinne groby! — rzekł zamatowanym, złym głosem.
— Żeby tylko kto chciał kupić! Niestety, ale takich głupich niema! Wolę handlować nawet