Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A za coby to się tak stroiła! Niech się pan na mnie nie gniewa, mój złoty, mój święty… Jabym duszę dała za pana, jabym już nie wiem co… — bełkotała nieprzytomnie, ledwie już dysząc ze wzruszenia.
Dzwon stacyjny znowu zajęczał i odezwała się nadkonduktorska gwizdawka. Frania oderwała się od niego i pędem pobiegła do ruszającego pociągu.
Józio tak był zaskoczony i oszołomiony tą niespodziewaną sceną, że nawet nie zdążył wyjrzeć na odchodzący pociąg.
— Ale dlaczego mnie ostrzega przed Soczkową? — myślał, silnie zaintrygowany.
Nie mógł jednak tego rozplątać; zaś do oskarżeń, jakie usłyszał, nie przywiązywał najmniejszej wagi, dobrze bowiem wiedział, że na całej długości kolei plotka grasuje bezustannie, że na wszystkich stacjach niema ani jednej kobiety, którejby po sto razy nie obmówiono, nie oszkalowano gruntownie i nie zmieszano z błotem; że zawsze, wszędzie i na każdem miejscu wszyscy obgadują wszystkich nazabój, bez litości, ni miłosierdzia, jak zresztą się to dzieje na całym obszarze Polski. Więc się tylko uśmiechnął pobłażliwie na zjadliwe słowa Frani, zarazem bardzo starannie wycierając twarz po jej namiętnych pocałunkach.
— Wyśliniła mnie, jak cielę, ale chwała Bogu, że sobie pojechała!