Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A to pan mechanik z rezerwy przywieźli pana kasjera.
— Soczek! A prawda! prawda! Przynieś mi szklankę czarnej kawy z cytryną.
A kiedy posługacz powrócił z kawą, zastał go znowu śpiącym na kanapce, pomimo, że do kasy dobijano się coraz zapalczywiej.
Rozbudził się wreszcie na dobre i spytał:
— Dużo tam ludzi czeka?
— I ludzi sporo, różnego państwa galancie, a Żydów to zatrzęsienie.
Józio otworzył kasę i stanął do roboty, przeciągając zbolałe kości.
I znowu setki rąk wyciągało się do niego, znowu padały krótkie, zadyszane żądania, znowu majaczyły za szybami zgorączkowane twarze i oczy niespokojne i wrzały tak krzykliwe szwargoty i kłótnie, że chwilami wychylał się przez okienko i wołał żartobliwie:
— Sza! Cicho, Żydy, niech sam rabin gada!
Przyciszało się na mgnienie, a on pracował już, jak automat, równo, spokojnie i dokładnie, zapominając zwolna o wszystkich przygodach nocy.
A pracować musiał prawie bez przestanku, gdyż wszystkie osobowe pociągi, wstrzymane od wczoraj z powodu zamieci, szły teraz jeden za drugim, że co kilkanaście minut klekotał dzwon stacyjny, trzęsły się ściany, świsty rozdzierały powietrze i coraz to nowe hordy pasażerów cisnęły się do kasy.