Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale nie w taki sposób, jak pan myśli, nie! — zaprzeczała skwapliwie. — Przychodził często do moich rodziców, był jeszcze pomocnikiem i nieraz woził mnie na rezerwie po stacji, miałam z dziesięć lat, dawno już temu, dawno…
Wrzawa przycichła, rozlegały się tylko rozszlochane lamenty.
— Słyszysz, jak ryczy? zdrowo ją wypucował!
— Wcale jej nie żałuję, to ziółko, jak one wszystkie, jabym z nich kija nie zdejmowała, pan nie wie, co to są za cymesy! Damy, psiakrew! byle kocmołuch, a nos zadziera do góry, jak jaka hrabina — syczała nienawistnie.
— Musiała ci dobrze zalać sadła za skórę?
— Niechby tylko która spróbowała!
— Moja Franiu, co mnie to wszystko razem obchodzi!
— A jakie flejtuchy i próżniaki! — ciągnęła zapalczywie, nie zważając na jego zniecierpliwienie. — Przecież jak się przejeżdża którąkolwiek stację, to z każdego lufcika wyglądają — niby z budy — pofryzowane pudle. W mieszkaniach nigdy nie sprzątnięte, dzieci obdarte, wszystko aż lepi się od brudu, mąż idzie na służbę bez śniadania, bo pani nie ma czasu o tem myśleć, musi pilnować pociągów i szczerzyć zęby do pasażerów. Naturalnie — że front mają wystawny, wypchany ręcznikami, włosy ufryzowane, facjaty dobrze otynkowane i pooblepiane muszkami, wargi, jak krew, i bluzki — niby na bal, a oficyny zato w brudnych, obszarpanych