Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozpuszczone szable tłukły się zuchwale po kamiennej posadzce, gdzie niegdzie wybuchały perliste śmiechy, z pod białych woalów strzelały zabójcze spojrzenia, niepokojąco szeleściły jedwabne halki, powiewały fantastyczne pióra u kapeluszy, z wybielonych twarzy krwawiły się wyzywająco usta, gięły się smukłe figury, aż trzeszczały gorsety, i coraz częściej przelatywały jadowite słowa i dowcipy, gdyż grupowano się wedle stanowisk i wrogo, zgóry a niedbale, mierzono się oczami.
Mdły zapach perfum, cygar, zwietrzałego piwa i wilgotnej pary unosił się w powietrzu.
W sali zrobił się jakby wielki raut, że nawet dosyć liczni podróżni przesuwali się lękliwie pod ścianami, zasiadając po kątach na walizach i tłumokach, bo wszystkie krzesła i kanapy już były pozajmowane przez dostojne towarzystwo, które, nasyciwszy się plotkami, zwróciło łaskawą uwagę na nieznajomą parę, a po ścisłej lustracji, sama pani prezesowa zawyrokowała.
— Bardzo dystyngowani, muszą być z arystokracji.
— To są Anglicy! — objaśniał Józio uniżenie.
— Jakaś lordowska para, jakby z powieści Miss Crafford! — zauważyła prezesówna, wielce wykształcona na dodatkach powieściowych Bluszczu.
— Istotnie, nawet piją herbatę i jedzą chleb z masłem.
— We wszystkich powieściach angielskich wszyscy piją herbatę ze śmietanką i jedzą grzanki