Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Sielodka jest? — zagadnął któryś, wpatrując się ponuro w jej gors.
Podsunęła mu talerz z czarującym uśmiechem.
— A świeży kawior jest? — Głos mu brzmiał, jakby przesiąknięty łzami.
Otworzyła puszkę, przysunęła talerz i zatopiła łyżkę w szarej masie.
— Całą porcję, dobrze? A może przyprawić z cebulką i oliwą?
— A riabczyki jest? — pytał, jakby jej nie słysząc.
— Może być wszystko, co tylko panowie zamówią! Jan! — Zawołała za szafy.
Garson we fraku już się kłaniał, podając długą, białą kartę.
— A Szato-Lafit jest? — wypominał wciąż tym samym płaczliwym głosem.
Garson podał inną kartę, a młodzieniec zapatrzył się w przestrzeń i rzekł ponuro:
— Dobrze, tak podawaj stakan czaju s limonom!
Marychna wzgardliwie wzruszyła ramionami, garson osłupiał, a oni odmaszerowali równym krokiem do bocznego stolika.
Józio parsknął śmiechem i podniósł się, bo już czas było na pociąg, gdy weszła jakaś para podróżnych. Tragarz niósł za nimi wspaniałe walizy, Józio został jakby przykuty do miejsca, tak go oczarowały: były płaskie, skórzane, okute miedzią na kantach i oblepione różnokolorowemi adre-