Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


widziała, jak ona mi w mózgu tkwi, jak ona tam jest pyszną i zupełną, to wiedziałabyś, że to, co grają, jest marnym łachem, strzępem...
Przybiegł zaraz Cabiński, reżyser i Kotlicki i gwałtownie namawiali Głogowskiego, aby się pokazał publiczności, opierał się jeszcze.
Po skończeniu sztuki, kiedy istotnie cała publiczność biła zapamiętale brawo i wołała autora, Głogowski wyszedł z Majkowską, ukłonił się zamaszyście, poprawił sobie czupryny i cofnął się niezręcznie za kulisy.
— Żeby były tańce, śpiewy i muzyka, to ręczę, że gralibyśmy do końca sezonu — rzekł Cabiński.
— Umrzyj dyrektor, spal się, zapij, ale mi nie mów bredni — krzyczał Głogowski. — Z pewnością przyleci tutaj restaurator i będzie mi wymyślał, że z tych samych przyczyn mniej sprzedał piwa i wódek, bo publiczność, która musi słuchać i rzadko się śmieje, przekłada gorącą herbatę.
— Panie, przecież nikt sztuk nie pisze dla siebie, tylko dla ludzi.
— Tak, dla ludzi, ale nie dla Syngalezów...
Kotlicki znowu przyszedł i coś mu długo mówił. Głogowski się skrzywił i rzekł:
— Po pierwsze: nie mam na to, bo toby kosztowało grubo, a po drugie: nie chcę być żadnym „naszym znanym i cenionym“; to prostytucya!...
— Mogę panu służyć moją kasą... sądzę, że nasze dawne stosunki koleżeńskie...
— Dajmy temu pokój!... — przerwał mu gwał-