Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lami wpadał w zadumę i wtedy marszczył brwi, targał gniewnie brodę i mordercze spojrzenia rzucał na córkę.
Po obiedzie przeszli do saloniku.
Podano czarną kawę i koniak.
Orłowski wypił szybko kawę i wychodząc pocałował Jankę w głowę i mruknął coś niezrozumiale.
Zostali sami.
Janka patrzyła w okno; Grzesikiewicz czerwony, rozstrojony, dziwny, zaczął coś mówić i popijał kawę małymi łykami, wreszcie wypił ją od razu, filiżankę odsunął, że się aż przewróciła wraz ze spodkiem na stół.
Janka roześmiała się z tej gwałtowności i z miny, z jaką się tłómaczył.
— Niech się pani nie dziwi, ale w takiej chwili człowiekby lampę połknął, nie zauważywszy...
— Trudnoby było — odpowiedziała, i znowu ją śmiech pusty i bezmyślny zatrząsł.
— Pani się ze mnie śmieje? — zapytał, patrząc jej niespokojnie w oczy.
— Nie, tylko tak mi komiczną wydawała się myśl połknięcia lampy.
Milczeli. Janka skubała abażur, a Grzesikiewicz szarpał rękawiczki i bezmyślnie, odruchowo przygryzał sobie wąsy; wzruszenie dławiło go po prostu.
— Ciężko mi... okropnie mi ciężko!... — zaczął, podnosząc na nią oczy błagalnie.
— Dlaczego? — zapytała krótko i wymijająco.
— No, bo... bo... Jak Boga kocham, nie wytrzymam już dłużej!... Nie, już nie mogę się dłużej męczyć, powiem po prostu: kocham panią i proszę o jej rękę —