Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ta stanowcza chwila, to jutro, wywierała na nią już swój wpływ.
Kręska przyszła i swoim zwyczajem, zaczęła kołować po pokoju cichym, kocim ruchem, nim się odezwała. Miała w twarzy wyraz współczucia i rzewność w głosie.
— Panno Janino!
Janka spojrzała na nią i przeczytała wyraźnie jej obawę.
— Nie! możesz mi pani wierzyć, że nie! — odpowiedziała silnie.
— Ojciec dał słowo... będzie chciał koniecznie posłuszeństwa... co to będzie z tego?...
— Nie! nie pójdę za mąż!... Może sobie ojciec odwołać słowo; mnie nie zmusi...
— Tak... ale zacznie się to dopiero wojna, zacznie!..
— Przetrzymałam już tyle, przetrzymam i więcej.
— Ja się boję... to się tak gładko nie skończy. Ojciec taki gwałtowny... Ja nie wiem, jak tam pani może znosić tyle... Gdybym była na miejscu pani, to wiem, cobym zrobiła... i to zaraz, dziś, natychmiast!
— Ciekawam... niech mi pani da jaką radę.
— Wyjechałabym przed wszystkiem, żeby uniknąć hecy. Pojechałabym do Warszawy...
— No i cóż dalej? — pytała Janka ze drżeniem w głosie.
— Zaangażowałabym się do teatru i niech się co chce dzieje!
— Tak, to dobra myśl, ale... ale...
I nie dokończyła, bo dawna bezradność i dawne