Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łza, każdy ból, czy przykrość, pogrążała w rozpaczy; do tego bała się grzmotów, deszczów, żab, ciemnych pokojów, dni feralnych i wszelkich głośniejszych dźwięków — więc ten mąż zabijał ją swoją brutalnością.
W kilka lat po rozłączeniu umarła z wyczerpania nerwowego, pozostawiając Jankę już wtedy dziesięcioletnią. Odebrał ją siłą zaraz od rodziny żony, albowiem nie chciano mu jej oddać dobrowolnie, ze względu na jego charakter i dziewczynę, wychowaną w innej atmosferze.
Nienawidził ją jeszcze i za to, że była dziewczyną. On, przy swojej dzikiej gwałtowności, chciał mieć syna, na którymby mógł próbować nietylko pięści swojej, ale i codziennego humoru.
Marzył o synu. Wyobrażał sobie, że to będzie duży chłopak, na pół dziki, energiczny, mocny jak dąb a tymczasem urodziła się dziewczyna.
Byłby wszystko żonie darował, ale tego nie mógł.
Oddał Jankę zaraz na pensyę i widywał tylko raz na rok, podczas wakacyi, bo Boże Narodzenie i święta Wielkanocne spędzała u wujów.
Wakacyi tych, coś już w trzecim roku, czekał z niecierpliwością, bo nudził się sam na odludnej stacyi; z nikim nie żył bliżej, więc jak tylko Janka przyjechała, zaczynała się pomiędzy nimi wojna.
Janka rosła szybko, rozwijała się znakomicie, ale poczęta, urodzona i wychowana w ciągłej wrzawie i kłótni, karmiona płaczem i narzekaniami matki na ojca, znienawidziła go i obawiała się jego szyderstw. Wyro-