Strona:PL Turgeniew - Ojcowie i dzieci.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

stać teraz? Zostańcie... z wami wesoło pogawędzić, zupełnie tak, jakby się chodziło nad skrajem przepaści: najprzód tracisz odwagę, a potem śmiałość zkądciś się bierze. Zostańcie.
— Dzięki za propozycję, Anno Siergiejewno, i za pochlebne mniemanie o moim talencie do rozmowy. Ale ja uważam, że i tak za długo przebywałem w obcej dla siebie sferze. Ryby latające mogą przez jakiś czas utrzymać się w powietrzu, ale muszą wkońcu rzucić się nazad do wody; pozwólcie i mnie powrócić do mego właściwego żywiołu.
Odincowa popatrzyła na Bazarowa. Jego twarz drgała gorzkim uśmiechem. „Ten mnie kochał“ pomyślała, poczuła żal w sercu, i z politowaniem dłoń mu podała.
Ale i on ją zrozumiał.
— Nie! — rzekł i cofnął się o jeden krok w tył. — Jestem biedny, ale dotychczas nie brałem jeszcze od nikogo jałmużny. Bywajcie zdrowi!
— Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy kiedyś, — rzekła Anna Siergiejewna z mimowolnem wzruszeniem.
— Wszystko możliwe jest na tym świecie, odpowiedział Bazarow, ukłonił się i wyszedł.


∗             ∗

— Postanowiłeś zatem usłać sobie gniazdko? — mówił tego samego dnia do Arkadjusza, kładąc rzeczy do swojego kuferka. — Ha! i cóż? bardzo dobrze... Ale niepotrzebnie udawałeś... Przypuszczałem, że pójdziesz w zupełnie innym kierunku. A może i ty sam spodziewałeś się czego innego?
— Istotnie, nie myślałem o niczem podobnem,