Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nędzą nieprzyjaciela, nad cierpieniem jednego człowieka – doznaj szczęścia bolesnego rozpłakania się nad strumieniem łez, co płyną z mąk całej ludzkości, cierpiącej w walce pochodu, na wielkim krzyżu przyszłości. . . . . Wsłuchaj się w strumień ten od kolebki dziejów aż do wrót wieczności, a jeśli ci nie pęknie serce, zmieść w nim ich ból, posłuchaj muzyki zdroju tego, co gra dzikszą melodią niż wiejące na sąd skrzydła wszystkich archaniołów, niż gdyby Niagara przeskakiwała Alpy i leciała po schodach piramid ku oceanowi szalonemu…. I wytężyłem drżąc żądzą nieśmiertelną, za ta arfą ramiona, jak skrzydeł dwoje do lotu – I rzucił mi arfę tę anioł, jak kochankę w objęcie, a siadając nad urwiskiem szumiącego strumienia, rzekł głosem wielkim: „Wsłuchaj się tęskny bracie w strumień ten, rozróżnij łzy te po ich wartości czystej i garść ich w przestrzeń wyrzuć przed oczy ludzkie, zanim popłyną dalej, w krainę ideału i wieczności.” – I z arfą padłem na skale mojej nad morzem – i szyba cichego błękitu fal, oddychającego w bezkońcach modrych, była tylko przede mną, a szyba cichego błękitu rozwartego jak bezbrzeżna pierś Boga! Była tylko nade mną! I lezę nad morzem z arfa mą złota, a życiem stroję ją na Oceanu ton..!.

I w skałę uderzam piersią krwawą, jak łabędź ranny, i wołam u ujścia łez w Ocean