Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/765

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go żołnierza i jego syna od ciebie zależą... Zastanów się dobrze... idzie tu o galery. Powtarzam to pani raz jeszcze, że, jeśli się poważysz zanieść skargę, już będzie po tych ludziach.
Zachwiana Adrjanna zawołała:
— Ależ, mój panie, jeśli urzędnik ten mnie będzie pytał, czy sądzisz, że będę kłamać?
— Odpowiesz mu, co jest prawdą... powiesz, że przed kilkoma dniami byłaś w takiej egzaltacji umysłu, iż osądzono za rzecz przyzwoitą, dla twego własnego dobra, przyprowadzić cię tu, pomimo twej woli, ale że dziś stan twego umysłu tak dalece polepszył się, iż sama przyznajesz, że słuszny był środek, którego chwycono się względem ciebie, dla twego własnego dobra. Zresztą tak było i jest rzeczywiście.
— O! nigdy! — zawołała z oburzeniem panna de Cardoville — nigdy nie popełnię takiego haniebnego kłamstwa.
— Otóż i urzędnik — zawołał Baleinier, usłyszawszy kroki za drzwiami. — Powtarzam, strzeż się!
W rzeczy samej drzwi się uchyliły i, ku ogromnemu zdziwieniu doktora, wszedł Rodin, a z nim mężczyzna w czarnym ubiorze, poważnej fizjognomji i postawy.
Wystawić sobie możemy podwójne zdumienie doktora, gdy ujrzał sądownika, którego niespodziewane przybycie i nakazująca fizjognomja już go mocno zaniepokoiły, tembardziej, gdy go ujrzał przybywającego z Rodinem, najpokorniejszym, najniższym sekretarzem księdza d’Aigrigny.
Rodin, jak zwykle, niechlujnie odziany, zaraz ode drzwi gestem, pełnym szacunku, a przytem wyrażającym współczucie, wskazał urzędnikowi pannę de Cardoville. Potem cofnął się o kilka kroków, gdy tymczasem urzędnik, nie ukrywając podziwu na widok rzadkiej piękności