Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/464

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
II.
LIST.

Wyraz twarzy Franciszki tak był zmieniony, że Róża, spojrzawszy na nią, zawołała:
— Na miłość Boską, co pani jest?
— Niestety! moje kochane panienki, już dłużej taić przed wami nie będę. Od wczorajszego dnia ledwo żyję... czekałam na mego syna z wieczerzą, jak zwykle... czekałam na niego... bo od dziesięciu lat nie poszedł do siebie na górę spać, nie pożegnawszy się wpierw ze mną... Część nocy przepędziłam przy drzwiach, w nadziei, że usłyszę może jego kroki... O godzinie trzeciej rano rzuciłam się na materac...
— I cóż?
— Nie przyszedł!... — odrzekła biedna matka.
Rózia i Blanka spojrzały na siebie ze wzruszeniem. Gdyby Agrykola nie wrócił, jakżeby mogła istnieć ta biedna rodzina? Czyżby nie stały się podwójnym ciężarem?
— Może jednak, — odezwała się Róża — Agrykola miał jakie bardzo pilne zajęcie?
— O! nie, nie, onby powrócił choćby najpóźniej, bo wie, ileby mnie nabawił niepokoju... Niestety!... jakieś nieszczęście musiało go spotkać... jeszcze muszę się kłopotać o tę biedną dziewczynę, co tu mieszka na górze.
— A to z jakiego powodu?
— Wracając z mieszkania mego syna, wstąpiłam do niej, chcąc jej powiedzieć o mem zmartwieniu, gdyż ona