Strona:PL Stefan Grabiński - Szalony pątnik.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

lizuje się, przyszłość wyświeci prawdę i rozsadzi stężałą skorupę, w jaką go zatopiono; jeśli zaś marzenia nie ziszczą się, to tem mniej przekona, narażając się tylko na szyderstwa i obelgi. Więc lepiej czekać i milczeć.
Bo nie brakło mu tchu i rozmachu, lecz ogarnęły go nowe pragnienia. Wrześmian chciał zdobyć silniejsze środki ekspresji, zaczął dążyć do potężniejszych realizacji twórczych. Słowo mu już nie wystarczało: szukał czegoś bardziej bezpośredniego, rozglądał się za materjałem plastyczniejszym do urzeczywistnienia pomysłów.
Sytuacja była tem zawilszą, marzenia tem mniej ziszczalne, że linja twórczości, po której kroczył, odbiegała daleko od ubitych traktów.
Ostatecznie bowiem większość dzieł sztuki obraca się w dziedzinie mniej lub więcej realnej, odtwarzając lub przekształcając zjawy życia. Zdarzenia lubo zmyślone bywają tylko jego analogją, spotęgowaną wprawdzie przez egzaltację lub patos, więc możliwą w jakimś momencie czasu; podobne obrazy mogły już kiedyś zajść w rzeczywistości, mogą się kiedyś pojawić w przyszłości; nic nie przeszkadza wierze w ich możliwość — rozum nie podnosi buntu przeciw przystępnym zmyśleniom. Nawet twory przeważnej liczby fantastów nie wykluczają przypuszczalnej realizacji, o ile wogóle nie wygląda z nich chęć igraszki, lub niedbały uśmiech zręcznego żonglera.
Lecz u Wrześmiana przedstawiała się sprawa trochę