Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


palenisko wywierało na nich nieprzeparty wpływ, pociągało ku sobie tajemniczą ponętą żywiołu. Godzinami siedzieli w milczeniu wpatrzeni w krwawą czeluść, zasłuchani w pryskanie iskier i szept trawionego drzewa. Czar ognia działał zwłaszcza silnie na p. Andrzeja i Józia; prześcigali się nawzajem w podsycaniu ogniska, dorzucając często bez potrzeby świeżego paliwa.
— Tatusiu, — przyznał się pewnego wieczora malec — chciałbym mieć w pokoju takie duże, duże ognisko, jakie rozkładają pasterze po polach jesienią. Mamo — zwrócił się po chwili do p. Marji grającej z wlepionemi w żar oczyma jakąś burzliwą rapsodję. Prawda, że ogień — to piękna, bardzo piękna rzecz?
Prawda synku — odpowiedziała wsłuchana w ognistą melodję. I jakby interpretując zachwyt dziecka dla groźnego żywiołu, zaczęła grać arję z „Trubadura“.
— Con fuoco! — zachęcał Rojecki, wtórując pięknym barytonem. — Con fuoco! Piu di fuoco.
— Stride la vampa...
Fanatyczny kult ognia przybrał u Józia dziecinne, właściwe wiekowi formy. Parę razy zauważyli rodzice, jak w biały dzień, oczywiście bez celu, zapalał świecę i bawił się godzinami jej płomieniem. Innym razem wchodząc do sypialni, spostrzegł p. Andrzej na stole płonący stos najrozmaitrzych papierów i gazet, a obok Józia śledzącego proces spalania z zachwytem w oczach.
W parę dni potem, podczas sprzątania pokoju ze zgrozą wydobyła Marjanna z pod łóżka jakiś przedmiot na pół zwęglony, zawinięty w kilimek. Śledztwo przeprowadzone przez p. Marję wykazało, że owym tajemniczym niedogarkiem była stara szachownica p. Andrzeja, którą Józio ukradkiem skazał na całopalenie.