Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Hm... — mruknął w zamyśleniu Kalina. — Dziwak jak zwykle. A czy aby dobrze wyczyścił? Jak tam teraz z kominem? Czy dobrze ciągnie?
— Podobno nie bardzo. Synowa skarżyła się znowu dziś rano, że okropnie dymi. Jeśli do jutra nie zmieni się na lepsze, poprosimy o wyczyszczenie powtórne.
— Zrobi się — odciął krótko majster, zły, że tu niezadowoleni z jego czeladnika, i zmartwiony okrutnie brakiem dokładniejszych o nim wiadomości.
Tegoż wieczora zasiedliśmy smutni do wspólnej wieczerzy i rozeszliśmy się wcześnie do domów. Nazajutrz to samo: o Osmółce ani słychu, ani dychu — przepadł jak kamień w wodzie.
Po południu przysłali jakiegoś chłopca z browaru z prośbą, by komin wyczyścić, bo „glancuje” jak djabeł.
Poszedł Biedroń koło czwartej i więcej nie wrócił. Nie było mnie przytem, jak go Kalina wysyłał, i o niczym nie wiedziałem. Toteż zląkłem się, ujrzawszy pod wieczór poważne miny kominiarczyków i majstra podobnego chmurze gradowej. Tknęło mię złe przeczucie.
— Gdzie Józek? — zapytałem, na próżno szukając go po izbie.
— Nie wrócił z browaru — odpowiedział ponuro majster.
Zerwałem się z miejsca. Lecz Kalina siłą wstrzymał mię przy sobie:
— Samego nie puszczę. Dość mi już tego. Jutro rano pójdziemy obaj. Jakieś licho — nie browar! Wyczyszczę ja im komin!
Tej nocy nie zmrużyłem oka na chwilę. Równo ze świtem wdziałem skórzany kabat, spiąłem się w pół mocno pasem na sprzączkę, wdziałem na głowę komi-