Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/085

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    tem, pełnem stojących aniołów, — w izbach dostojnych abnegatów, gdzie niema nic oprócz wilgotnego muru i wyklęczanych desek podłogi, — na stromych stopniach tronu cesarza, — na wysokich stopniach siedziska papieża, — w zamkach dzikich, skrytobójczych królów, którzy po uczcie zasypiają spokojnie nad piwnicami, pełnemi ryku jeńców ich, współzawodników z wyłupionymi oczami, — w norach barbarzyńców, — w obozowiskach wojowników okutych w żelazo, — wśród zwierząt i zwierzętom podobnych osadników w nieobeszłej puszczy.
    Zaniósł się wyżej, wyżej trójdźwięk wioli. Stał się wymyślny, niespodziany w swych drogach, niezrównanie piękny, okrutnie rozkazujący. Ogarnął sobą wszystkę słabość duszy, bezsilność serca, marzenia nieotamowane wolą. Pytał się, jak głos człowieczy vox humana, jak nieubłagany inkwizytor:
    — Wędrowcze, cóż masz w ręku? Cóżeś osiągnął? — Podróżniku, szukający niebios na ziemi, czyżeś je znalazł?
    Upadła przed tym głosem boleść steranego człowieka, skarżąc się w porażce swojej:
    — Nic nie mam, o, okrutniku. Nagi jestem i zewsząd wygnany. Nie mogłem na ziemi odszukać Boga. Więc już chcę odejść do Boga w niebie.
    Opuścił się tedy ton wioli nisko-nisko. Zaśmiał się chichotem przeraźliwym. Stał długo nad powalonym człowiekiem ów śmiech przeszywający ziemię, niebiosa i otchłanie.
    A gdy przebrzmiał ostatni z jego łoskotów, odmieni się melodya. Widać poprzez nią pola złotem zbo-