Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/015

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.




    Ujrzeli nareszcie bielejące brzegi. Wśród nocy ciemnej śnili o tym widoku na dnie dwużaglowych statków, obitych skórą fok i białych niedźwiedzi, jeleni, odyńców i byków, — pośród tarcic napuszczonych smołą, gdy woda zamarzająca igłami kłuła golenie, a wicher morski zapierał oddech w gardzielach. W kolisku rozbestwionej burzy, gdy nagłe ryki i ponure łoskoty wybiegały z przepaści między wyniosłemi bałwany, jakgdyby łono ziemi pod niewolą wiekuistą wód głębiny zawarte przychodziło do głosu, śniła im się, — której jeszcze nie deptali, — garbata i od lasów rozchwianych falująca susza. Gdy wały niezmierne, chytrze, jak rozjuszone i z zemsty oszalałe zwierzęta, szły z nieskończonej oddali, ażeby pod burty znagła się podsadzać i na płask rozpościerać czarne żagle po przepaścistej wodzie, nie drżało serce wojowników i ręka ich nie popuściła szuta, liny przywiązanej do żagla. Gdy wyspy trzęsły się w posadach od uderzeń jakoby młota stolemów, gdy huk i świst powietrza płoszył sen z oczu ludzi pod niskiemi powały, w ciemnych izbach rybackich, najezdnicy drzemali spokojnie na dnie łodzi, ukołysani od rzutów z góry na dół, od smaku soli i zapachu smoły. Uszy ich ogłuszone od huku zaczynały słyszeć teraz nanowo, — oczy przy-