Strona:PL Stefan Żeromski - Syzyfowe prace.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


większej gęstwinie sformował altanę. Wierzchołki krzaków, stokroć przeplecione nićmi chmielu, tworzyły istne wieko nieprzemakalne. W pół okrągłej pieczarze z okrzesanej tarniny Marcin wykopał w ziemi zagłębienie i zbudował napoły z murawy, napoły z kamieni, przydźwiganych z daleka, szeroką ławę i skrytkę. W skrytce, misternie zatatranej ziemią, mieściły się romanse pornograficzne, które podówczas klasa czwarta namiętnie czytała, a oprócz tego scyzoryk z długiem ostrzem, bokser, śrut, kapiszony, szpagaty i gwoździe... Do altanki wchodził Marcinek zawsze chyłkiem, czego wymagała zarówno ostrożność, jak natura ścieżki, idącej pod krzakami tarniny. Znalazłszy się w kryjówce, już to czytał po raz setny i tysiączny nieprzyzwoite ustępy, zakreślone niebieskim ołówkiem przez kompetentnych poprzedników, już oddawał się bezczynności i marzeniom, licho wie o czem. Śniły mu się na jawie to jakieś fantastyczne aż do absurdu sceny lubieżne, to znowu bitwy, podróże, wyprawy do Ameryki, awanturnicze przedsięwzięcia na jakichś stepach, burze morskie, kolosalne zwycięstwa, odnoszone nietylko nad Czerwonoskórcami, ale także i nad Turkami.
Od pewnego czasu Noga ciągle napomykał o głuszczach, które według niego miały gnieździć się w pewnym smugu, znanym tylko jemu jednemu. Obiecał nawet, że, gdy nadejdzie jakiś tajemniczy dzień na nowiu, zaprowadzi młodego myśliwego i nauczy go wabić owe głuszcze pod warunkiem, żeby nikomu, dla zachowania sprawy w tajemnicy przed urzędem leśnym, słowa o tem nie mówić.