Strona:PL Stefan Żeromski - Syzyfowe prace.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


była na poły nim samym, na poły kimś zupełnie nieznajomym.
Tak siedząc cicho przy matce, zabrnął w niezmiernie daleki świat marzeń.
— Paniczek to nawet nie wie, że nam gniadą ukradli! — zawołał nagle Jędrek, służący za fornala.
— Gniadą ukradli? — rzekł Marcinek, jak zbudzony ze snu. — Przecie gniada idzie przed twoim nosem u dyszla...
— E!... a i cóż ta z tego, kiedy ją ukradli...
— Czy on prawdę mówi, mamusiu?
— Opowiedz-że paniczowi, jak to było!... — rzekła matka Marcinka.
Gniada klacz była ulubienicą całego folwarku. Pochodziła z rodziny tak dalece arystokratycznej, że rozpowiadano istne o niej legendy. Jedno z takich wierzeń głosiło, że gniada w prostej linji pochodzi z dziada araba i matki, spolszczonej angielki, — inne, że jest wnuczką jakiejś Hatfy, importowanej wprost z Arabji — i tam dalej.
W istocie klacz miała główkę małą, oczy mądre, łopatki wydatne, piersi bogate i skórę cienką, ale wszystkie te przymioty od ciężkiej pracy w roli, przy zwózce drzewa, zboża i nawozu, od długich podróży w bryczce straciły na wartości i nikomu obcemu nie wpadały już w oko, gdy szlachetnie urodzonej boki zapadły i grzbiet, jak piła, sterczeć zaczął.
Jednakże zimową porą, gdy roboty było mniej, a obrok wymierzano regularnie, gniada odzyskiwała cechy swej rasy. Wówczas, zbliżając się w niedzielę do kościoła, niejednokrotnie musiał pan Borowicz strofować Jędrka furmana: