Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


domo, za co i w jakim celu gnębili uchodźców do Polski z satysfakcyą, z nienasyconą przyjemnością, z jawną wylewem zwyczajnej nacyonalistycznej zemsty. Można było zrozumieć gniew na burżujów, rodaków, uciekających z Rosyi przez Baku w świat szeroki, lecz ta gruba i okrutna przemoc, okazywana gościom, przychodniom, wędrowcom, którzy właśnie wynosili się do siebie, — dziwiła i napełniała gniewem. Patrzał na twarze oficerków komenderujących, na rewidentów i sołdafonów, trzymających straż przy drzwiach, i pierwszy raz w życiu zobaczył nie tylko oczyma, lecz duszą czującą, — tyranię, o której mu ojciec mówił tyle razy.
Ale po wszystkich udręczeniach i po najobrzydliwszych trwogach, zwłaszcza kobiecych, — iż nie wypuszczą, iż każą cofnąć się, iż zamkną wagony, zawrócą pociąg z ludźmi i odwiozą wszystkich z powrotem do Charkowa, — po licznych plotkach i istnych klechdach, które strach płodził, a do niebywałych rozmiarów wydymała głupota, — oto roztworzono drzwi wagonów. Ludzie zgarnęli, co tam jeszcze taszczyli ze sobą, ponieśli na ręku dzieci, powlekli starych i chorych. Pędzili z wrzaskiem i szlochaniem, popychając się, wyprzedzając jedni drugich — jakimś rozmokłym gościńcem ku domom, widniejącym tuż obok. Biegnąc coraz szybciej, jakby ich kto gonił, modląc się, płacząc i śmiejąc się razem, doskoczyli do sztachet, za któremi stało kilku żołnierzy w szarych, podniszczonych rogatych czapkach. Kobiety stare i słabe chwytały się dygocącemi palcami za balasy owych sztachet, mężczyzni zmordowani drogą całowali słupy w tym