Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chem. Po upływie pewnego czasu, na skinienie towarzyszów przedziału, Cezary musiał znowu wyjść i zająć swe miejsce.
Gdy pociąg nie odchodził z tego postoju, zaniosło się bowiem na długi »remontik«, — bezimienny przyjaciel wywołał Cezarego na dwór. Dwaj ludzie obcy stali na końcu pociągu. Sierota podszedł do nich i zobaczył, że wyciągają z wozu zwłoki jego ojca. Zawinęli je w płachtę. A nim zawinęli, pozwolili mu jeszcze zacisnąć powieki nad zagasłemi oczyma, do zimnych rąk i do zimnych ust przywrzeć ustami. Potem złożyli ciało na marach i mieli je dokądś odnosić. Cezary podniósł oczy błagalne na czarnego przyjaciela, żeby mu pozwolił iść za ojcem. Zobaczył wtedy, że tamten pod rozpiętą kapotą ma białą koszulę na sobie. Usłyszał, jak przez sen, łacińskie wyrazy: »Dies illa, dies irae«....
Z rozczarowaniem, z odrazą pomyślał, że »czarny«, to ksiądz. Tamten przeżegnał zwłoki i przez chwilę modlił się nad nimi pochylony. Potem dał tragarzom znak. Do Cezarego zwrócił się z szorstkiem zapytaniem:
— Zostajesz tutaj?
— Dokąd niosą mego ojca?
Ksiądz wskazał ręką miasteczko, widne jeszcze w mroku i daleką w jego głębi śpiczastą wieżę kościelną. Rzekł cicho:
— Przy tym kościele będzie sobie leżał. Lepiej mu przecie będzie tam, niż tutaj w rowie.
— Pójdę za nimi!
— A więc zostajesz tutaj?
Cezary załamał ręce. Nie wiedział, czy tu zostaje.