Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


winy, straszliwą rzeź z roku 1905, której ofiarą padło wówczas ormiańskie pogłowie. Obawy i przewidywania nie zawiodły Tatarów. Ormianie spalili meczety wraz z tatarskiemi kobietami i dziećmi, które się tam schroniły i od marca do września byli panami życia i śmierci, a raczej dyspozytorami samej śmierci Tatarów. Tej drugiej części mieszkańców miasta Baku i jego okolic nie pozostało do zrobienia nic innego, jak szukać pomocy nazewnątrz. Nie mogła zaś jej znaleźć gdzieindziej, tylko nad Bosforem, u stóp kalifa, zastępcy proroka i naturalnego mściciela znieważonych i spalonych meczetów. Kalif nakłonił ucha do prośby i dziejów krzywdy jedynowierców tatarskich i turkmeńskich. Znaczna armia turecka pod wodzą Nuri-Paszy, w sile, pono, trzech dywizyi ruszyła na zdobycie pogórza, przekroczyła Kurę, tnąc w pień mieszkańców wiosek ormiańskich, a przez górskie potoki ścieląc pod koła armat pomosty z trupów. Miasto Baku znalazło się w położeniu fatalnem. Bronione przez artyleryę angielską, która silnie i umiejętnie ufortyfikowała się na wzgórzach, i przez pułki ormiańskie, które teraz nic nie miały do stracenia, skoro jeszcze Gruzini pociągnęli do domu, znalazło się pod ogniem artyleryi tureckiej. Na mocy układu, zawartego przez dowódcę Szaumianca z Anglikami, miasto Baku miało wystawić coś w rodzaju wojska, czy pospolitego ruszenia w sile conajmniej sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Poczęto tedy pędzić do okopów, cokolwiek w mieście i okolicy nosiło spodnie, od niedorosłych młokosów do starców zgrzybiałych. Mimo to nie zdołano wystawić więcej ponad trzydzieści — czterdzieści tysięcy