Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Świsnęło dokoła ze sześć, ze siedm kul. Wleźli obadwaj na biały piaszczysty wzgórek. Tam Rafał rozkraczył nogi i wrzasnął:
— Wiech żyje cesarz! Przyjadę ja tu do was psy kulawe!
Poszedł naprzód wielkimi kroki, gwiżdżąc całą gębą. W pewnej chwili zwrócił się do Krzysztofa:
— Wciąż jeszcze beczysz?
— Słuchaj-no, daj mi pokój...
— Jeżeli chcesz beczeć to idź sobie osobno, bo gotowi ludzie pomyśleć, że to ja cię za uszy ciągnę do wojska.
Krzysztof był już oddawna spokojny. Szedł takimi samymi krokami, jak jego mentor. W milczeniu przebyli płaszczyznę i zaczęli wstępować na wzgórki długim wałem wyznaczające dolinę Wisły.
— Krzyś, — rzekł szybko Rafał głosem wesołym — a wiesz ty, bratku, o tem, że my już byliśmy w bitwie! Słyszysz, gazda! Kule nam koło uszu gwizdały, jak najprawdziwszym żołnierzom. Słyszałeś, jak gwizdały?
— Słyszałem.
— Ale ty nie śpij, tylko odpowiadaj przytomnie.
— Mówiłem ci już raz, żebyś mię zostawił w spokoju.
— Dobrze, czuły Galicyaninie, zostawiam cię w spokoju. Gdzież u licha jest ta chałupa? Kalwicki tu nam kazał się zgłosić. Powiedział, że na wzgórzu... Chodźmy jeszcze wyżej.
Weszli na najwyższy wydmuch, ledwie teraz owiany szronem i śniegiem. Czarny, zmarzły piach ustępował