Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


oplatały wzrok, słuch, dotykanie. Wargi jeszcze były przyduszone od pocałunków nawiecznych, a wszystka dusza przemieniła się w słupy dymów wonności.
Otwarły się drzwi. Kalwicki wyprowadził, a raczej wyniósł oficera ubranego już w futro. Dociągnął go w swych barach aż do sanek, usadowił w głównem siedzeniu, otulił mu nogi bardzo starannie i krzyknął:
— Ruszaj!
Rafał puścił konie. Polecieli w skok. Kalwicki krótkimi rozkazami wskazywał kierunek jazdy. Oficerek spity, jak bela, gadał wciąż do plenipotenta:
Bin doch ganz knall... Sacra! Wer bist du eigentlich?
— Ależ tak... ja wohl... panie lejtenancie!
Sind Sie vielleicht Olowski’s Freund?
Freund? A jakże! najzupełniejszy! Jedź tam ostro, te, guzdrała! Koniom po bacie!
Rafał zaciął konie.
— Niech się pan porucznik niczego nie lęka — wołał Kalwicki Niemcowi nad uchem — mamy niezłego furmana, a i lokaj jest jaki taki, choć safanduła. Dojedziemy z paradą.
Frau Olowski ist ja... Sind Sie vielleicht ein sogenannte Kalwicki? Frau Olowski ist aber schon...
— O, to się wie!
Konie wpadły w opłotki, prowadzące do wsi i skokiem kopały się w głębokim śniegu. Mdły brzask począł się niecić na wschodzie. Wiatr nadranny ocknął się w polach.
— Co pary w koniach! — wołał Kalwicki głosem tak rozkazującym, że Rafał poddał się mu bez oporu.