Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


środek salonu do grupy poważnych obywateli, wymieniając jego nazwisko.
Za chwilę jej atłasowe ciżmy prześliznęły się po parkiecie sali ku rozwartym podwojom głównego wejścia
W grupie młodzieży, u przeciwległych drzwi salonu, stali — Olbromski i Cedro. Ujrzawszy Niemca, poczuli, że zaczyna się ich epos. Krzysztof przyjął ten widok jako młodzieńczą podnietę, a Rafał jako pchnięcie kindżałem.
Należało decydować się szybko.
W ciągu tych dwu dni twarz Rafała osunęła się, a oczy pełgały niezdrowym połyskiem. Z godziny na godzinę zwiększała się jego namiętna, rozszalała miłość, żądza, przesycona poczuciem utraty. Nie czuł, patrząc na piękną gospodynię, radości, ani zachwytu, lecz bezradną, stratowaną rozpacz. Wszystko miał teraz postawić na kartę. Tak, lub inaczej zdecydować w ciągu tych godzin o całej swej przyszłości. Nie spał był nocami, a we dnie szukał, szukał, szukał spotkania, Wciąż pełno było gości, przybyszów, sąsiadów, z których każdego i każdą rozszarpywał i ćwiertował wzrokiem takiej nienawiści, jak najzaciętszego wroga. Wciąż musiał z kimś rozmawiać, witać się, żegnać, ukrywać w sobie spiskowca i, co najgorsza, śmiać się. To też śmiał się czasami tak oryginalnie, że zimno przejmowało rozmówców. Czasami spostrzegał ją gdzieś daleko, w tłumie. Wtedy usta jego szeptały prawie głośne wyrazy uwielbienia, pochwały i pieszczotliwe bezmysły, albo głuche i niebezpieczne przekleństwa, przywarłe do uszu i serca w więzieniach Orawskiego zamczyska. Nieraz w szale, bez wiedzy, przedzierał się ku niej,