Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Włosy mi stają na głowie, pani dziedziczko, na samą myśl, gdy dziedzic przyjedzie — co to będzie?
— Nic mię nie obchodzą włosy waszmości.
— Stało się tedy, że ja na stare lata muszę, jeśli nie piersi, to pleców nadstawiać pod kule, bo otwarcie mówię, pludry nie żartują. Sam waćpanów nocą powiozę, ale jaki to wyda owoc... — dodał szeptem, zbliżając się do Krzysztofa.
Kiedy ci dwaj zamieniali ze sobą ciche wyrazy, pani Ołowska odeszła od nich. P prawiła od niechcenia śliczny ekran à la Psiché, a później stanęła odrazu tuż przed Rafałem. Przez chwilę miała oczy spuszczone, na ustach przecudny uśmiech.
Zwolna podniosła błękitne źrenice i zatrzymała je na twarzy gościa. Uśmiech z jej warg nie schodził, a stawał się coraz świetlistszy, coraz bardziej uduchowiony. Nozdrza szybko drgały. Kiedy Cedro wziął pod rękę starego szlachcica i zaczął z nim wśród ożywionej rozmowy chodzić tam i sam po saloniku, pani Ołowska zbliżyła się jeszcze o krok i, nie spuszczając oczu z twarzy Rafała, wyrzekła przez ściśnięte zęby, tak, że tylko on mógł te wyrazy posłyszeć:
— Szukam... śladu... mojej szpicruty...
Olbromski stał nieporuszony, aczkolwiek zachwiał się, słysząc te słowa. Płomień ognia buchnął mu na twarz, na szyję i czoło. Zadzwoniły mu w uszach te wyrazy prawdziwie, jako świst stalowej rózgi. Krew wolno spłynęła do serca.
W chwili, gdy dwaj rozmawiający zbliżyli się do stołu, pani Ołowska otwarła z uśmiechem album ry-