Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Jakżem szczęśliwa!
— Jesteś ubrana, jak pasterka Filis, a tymczasem... Przedstawiam ci naszego kuzynka Rafała Olbromskiego,
— Kuzyna... — wyszeptała z najgłębszem zdumieniem, odgarniając loki i wlepiając w Rafała oczy tak oszołomione, jakby jej przedstawiono białego niedźwiedzia, albo jaguara.
— Masz go czcić, szanować, poważać i comme de raison kochać, jest to bowiem wybawca z nurtów Wisły twego brata, szambelana Jego Cesarskiej Mości, rozumie się szambelana in spe, a oprócz tego jest to przedstawiciel society warszawskiej, który właśnie wyda wyrok o twoich koafiurach. Ależ prawda, gdzież Kurtiwronka?
Elle dort... — szepnęła siostra, nie spuszczając oczu z Rafała. — Śpi ślicznie, złożyła ręce...
Krzysztof z błazeńską miną pokazał, jak to Kurtiwronka trzyma rączki złożone nadobnie na sześćdziesięcioletniem łonie dziewiczem.
— Ile razy ziewnęła przed zaśnięciem?
— Siedmnaście grubo i trzy w wiolinie.
— Siadajcie, siadajcie do stołu!... — wołał ojciec. — Jutro będziecie mieli dosyć czasu na plotki wiedeńskie i olszyńskie. Patrz-no Krzyś, co tu podają...
Najstarszy z lokajów, uśmiechnięty z tak szczerą radością, jakby to jego rodzony syn zawitał pod strzechę domową, wlewał pieczołowicie na talerz Krzysztofa zupę z owoców, zaprawioną śmietaną. Młodzieniec, ujrzawszy to widowisko, wyciągnął ręce ku niebu i zawołał: