Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ni tak, ni owak, i grając wciąż, pochrząkiwali i pokaszliwali, nie wiedząc, jak sobie począć. Rafał zajrzał w karty z wyniosłością, której, mimo usiłowań, nie mógł w sobie przytłumić.
— Nędzna jakaś dziura to karczmisko.
— A bo i pewnie... — odrzekł furman.
— Wasan tutejszy jesteś? co?
— Nie, ja nie tutejszy.
— A zdaleka?
— Zdaleka.
— To jest skąd?
— No, a wasaneś skąd?
— Ja idę od węgierskiej strony wprost na Kraków.
— Od węgierskiej strony? — z niejakim szacunkiem zapytali gracze.
— Ba, ba! Od Pesztu... Od... Czaczy — dodał ciszej.
— Sztuk drogi! Nawet nie umiem wyrozumieć, gdzie to być może.
— Żebyś wiedział! Człowiek się setnie zmitrężył, a tu jeszcze ten łajdak jadła nie daje.
— No, on tu pewnikiem w te pędy wyniesie...
— Jak też on to przyrządza — zadał sobie pytanie, spoglądając z ukosa na »boczek« wieprzowiny, leżący na misce.
Nie pytając się o pozwolenie, odłamał partyjkę chleba, ukrajał porządny gnat mięsa i zaczął prędko i kategorycznie próbować, jak też smakuje. Okazało się, że owszem, jako tako. Wobec tego nalał sobie kieliszek wódki i wychylił go niedbale, przepijając do oszołomionych dworaków.
— Jeść mi się chce dyablo, a tu jeszcze ta po-