Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

urwisko, wychodząc poza swoją podstawę, jakby mierzyły przepaść u ich stóp. Dziwnie uroczy mech przykrywał ich szczeliny. Wszczepiały w nie żarłoczne korzenie małe świerczki i nikłe drzewka jarzębiny.
Na bujnych trawach o szerokiem liściu, na kępach zeschłych borówek, co otulały luzem leżące kamienie, wypoczywali jak na puchu. Wygrzewali się w słońcu przy otworze pieczary i w szczelinach skalnych.
A gdy słońce zbyt doskwierało nagłością płomieni, z chichotem kryli się przed niem do wnętrza jaskini, zawierającego w swej głębi bryłę wiecznego lodu. Śmieli się w głos ze słońca, wyczuwając plecami jadowity chłód pieczary. Chwytali czerstwe zimno zdrowemi płucami i spalone twarze znowu obracali ku słońcu. Tak im długie godziny spłynęły na wypatrywaniu ziemi i nieba. Sennemi oczyma witali pracowników górskiego południa, lekkie wydłużone pomłody, białe obłoczki, jakoby tchnienia wiatru stężałe i w kształt zaklęte, kiedy z gór w cichości świętej wychodząc, przepływają nad najpiękniejszą doliną świata. Ociężałemi źrenicami wodzili po otchłaniach leśnych, szarozielonych, skąd pojedyńcze skały wynurzają się niespodzianie, skąd wykwitają żywą barwą kiście buków. Od szczytu gór leciały ich oczy w dół za cieniami, pełnymi czarnego błękitu. Setnem i tysiącznem spojrzeniem pozdrawiali pionowe skały, obwieszone subtelnem złotem zżółklej jarzębiny. Napotykały ich oczy miejsca tak cudne, niewiarogodnie piękne, że Helena załamywała ręce i płakała z zachwytu. Kiedy niekiedy rzucali w ten wielki a bezładny przestwór, w ten olbrzymi kraj niczyj, krzyk zgodny i śpiewny.