Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

na ziemi, niby to w kliny włochate, nastrzępione, mokre, ostrzami zanurzone w głębinie i dosięgające tak nieskończenie niskiej granicy, że ją ludzkie oko ledwie mogło pochwycić. Widma drzew wracały stamtąd, umykały w górę, strwożone i chwiejne, wałęsały się, drżąc, to tu, to tam, jak muzyka złowieszcza, szybka i okropna, piorunującemi zmianami swemi wyrażająca dokładniej, niż rachunek, bojaźń nocy bezsennej, bojaźń rozwartej przepaści bez dna.
Helena, skoro tylko na brzeg jeziora przypadła, siadała w nieruchomości i mówiła do wody:
— Cóż mu dziś zrobisz? Jak się odmienisz? Siostrzyczko-niewolnico, jakże się będziesz dzisiaj bawiła? Ach, sama nie wiesz, sama jeszcze nie wiesz, co się z tobą za chwilę stanie...
I oto, jak gdyby w odpowiedzi, rozwierało się lazurowe łono jeziora, i z nieopisanym przepychem płynął w niem obłok oślepiająco biały, namaszczony królewską mocą i potęgą wszystkiego blasku słońca. Kształt swój przemieniał zwolna: cudowna, złoto-biała jego głowa układała się inaczej, coraz inaczej, by lepiej śnić jej było, śnić-myśleć o niebie bezmiernem, ojcu wiecznym, o ziemi, ślicznej matce. Wskroś obszarów lazuru szedł rozwiać się w postać inną, w coś innego się zamienić, przeistoczyć — i zginąć.