Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

wytryskające z pomiędzy pniów, ze mchu, jakby z przebitego boku góry.
Wielkie żabice, rozdzielające strumień na niezliczone potoczki, odziane były grubym, zielonym kożuchem. Świerki, co wysysają podziemne źródło, były w tem miejscu potwornej wielkości. Zwierzali sobie myśl, ze ta dziwna woda rodzi się z niczego a zjawia znikąd, że jest od początku rozdzielona przez głazy, jak ich miłość, a później łączy się sama ze sobą, ażeby gnać w kamiennem łożysku, wśród rozkoszy, pian, rozdymać w banie i wiry, miotać się w szumnych, niespodziewanych wybuchach, aż do przepaści wodospadu... Czy i przepaść wodospadu będzie w ich życiu, jak w tym potoku? — pytali się nawzajem... W jednem miejscu znaleźli drzewo wyrwane, leżące wpoprzek strumienia. Woda je jadła przez lata. Chciwą i wściekłą żuchwą, białymi kłami pian gryzła je wciąż, bez jednej chwili wytchnienia. Więc litowali się nad przeklętą dolą napoły zgniłego kloca, brali udział w życiu jego, jak częstokroć żyjemy cudzem życiem we śnie, odchodzili stamtąd zasmuceni, jak gdyby w nich zamieszkały na nowo małe, dawno wygasłe, dobre dusze dziecięce.
Nadewszystko jednak kochali jeziorko. Zwali je »zmiennem«. W odległej nieraz stronie zwracali na się oczy i bez wymienienia nazw, pewnym ruchem brwi i powiek, pewnym uśmiechem wiadomym wspominali sobie o niem. Wtedy, wstawszy z miejsc, szli do niego prędko w odwiedziny. »Zmienne« leżało na szczycie kamienistej wysokości, otoczone głuchym, zewsząd idącym lasem. Nie było do niego ani drogi, ani perci.