Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ruchem. Słyszała w sobie jakoby melodyę gwiazd, śpiew ich, wdzierający się do serca niewidzialnemi drogami, jak wdziera się do duszy zapach kwitnącego ogrodu. Mówiły gwiazdy:
— Czemże ty jesteś, który chciałeś nazwać mię żoną? Ktoś ty jest i skąd wziąłeś prawo nad moją pięknością? Cóż mi ty w darze przyniesiesz? Czy masz oczy, którebym kochała aż do śmierci za dziewiczość moją? Czy masz włosy, które się śnią uśpionej w nocy i w zamyśleniu chodzącej we dnie?
Potworny jesteś i obmierzły w twojej mądrości i dobroci, z uśmiechem cnoty na ustach i od szukania po ziemi prawdy ze zmarszczkami na czole. Głowa twoja jest zimna i ciężka, słowa twoje żelazne, mądre i obojętne. Nie pachnie ani jeden wyraz, nie obudzi żalu ani tęsknoty... Gardzę wszystkiemi słowy twojemi wysnutemi ze starych ksiąg, wspaniałym, wszystko wiedzącym uśmiechem i gorzkiemi a szczeremi łzami nad nędzą i małością zachodów człowieczego rodu! Gardzę twoim niezwyciężonym rozumem i wspaniałem sercem!
Jeśliś jest wyższy nade mnie, to tobą za to właśnie gardzę!
Jeśliś jest lepszy ode mnie, to tobą gardzę po stokroć!
Nie chcę, żebyś miał prawo do jednego palca mej ręki, do jednego włosa mej głowy. Wszystkam jest jego w marzeniach całej młodości, wszystka jestem od stóp do głowy, od włosa na głowie do małego palca u nogi, wszystkam jest jego! Słowa jego szeleszczą za mną, wzdychają we mnie i pogrążają się w moje oczy. Czy