Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/046

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Żądaj natychmiastowego zadośćuczynienia od tej chudej aktorki, która do reszty zgłupiała, ujrzawszy boleść, wyrytą na twem obliczu.
    — Wielki Boże! widzę mego fagasa. Ogromne uczucia miotają jego piersią, gdy słucha tych pięknych banialuków... A jednak tytuń kradnie mi wciąż tak samo, nie bacząc na doznaną podniosłość wrażeń.
    — Gdzież jest bufet zapowiedziany w programie widowiska? — wołał towarzysz, którzy przyjechał w karetce Jarzymskiego.
    — Bufet jest w izbie sąsiedniej! — głośno odezwał się jakiś mężczyzna, siedzący w loży parterowej.
    — Dziękujemy za tak dramatyczną wskazówkę nieznanemu przyjacielowi naszej niedoli... — mówił impertynencko rotmistrz w kierunku owej loży.
    Rozepchnął tłum, który w milczeniu przysłuchiwał się awanturze, i szedł w stronę bufetu. Większość towarzyszów udała się za nim, niektórzy zostali na środku parteru. Rafał znalazł się w bufecie i znowu pił dużo. Słabo wiedział, że czegoś krzyczano, a sam miał przed oczyma to salę widzów, to znowu przekąski i flaszki, rozłożone na stole bufetowym. Rzucał na ten stół dukaty, wygarnięte z kieszeni, leżał w czyichś ramionach... Kłóły go po twarzy ogolone brody, muskały wąsy, świeciły się przed nim roziskrzone oczy, i przyjazne głosy mówiły mu jakieś zdania, na które zgadzał się bez zastrzeżeń. Przez pustą już salę teatru, którą oświetlała samotna świeczka w latarni, późno w noc wyszedł w towarzystwie innych osób z płonącą głową. Wlókł się po błocie ulicznem, hałasując tak samo, jak inni. O jakiejś porze ujrzał przed sobą, w grubej cie-