Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

cie z pod Koprzywnicy... Kiedy niekiedy oczy jego wpijały się, jak szpony, w ręce i twarz Rafała, pragnąc wyśledzić i chwycić w lot tajemnicę tak dziwnego szczęścia. Po chwili jednak te jastrzębie spojrzenia ginęły w dobrotliwie filisterskich uśmiechach. Wszystkie te okoliczności budziły w szczęśliwym graczu tylko mętną radość. Był tak pewny swego szczęścia, że gotów był stawiać jak największe s my z najzupełniejszą pewnością, że je w trójnasób odbierze. Nie chciało mu się tylko zaczynać takiej sprawy. Mrok zapadał. Wniesiono świece, i Rafał wówczas dopiero spostrzegł, że cały prawie dzień spędza przy stoliku. Właśnie przerwano grę. Z dziesięciu robrów wygrał siedm większych i zakłady, co mu dało w zysku około setki dukatów. Gdy od niechcenia zgarniał do kieszeni ów stosik złota, Jarzymski odciągnął go na bok i z przyjaznym uśmiechem mówił:
— Cóż, Rafałku?... weselej tu żyć można, niż pod opieką staruszków.
— No, pewnie.
Rafał uśmiechnął się bezmyślnie.
— Teraz powinieneś stanowczo wejść w koło towarzyskie. Będę w tem, żeby ci pomódz. Nie bardzo tylko rozgłaszaj o tem sekretarstwie u Gintułta...
— Ale ba!...
— Dajże pokój. Już ja to urządzę. Przedewszystkiem musisz się po ludzku przebrać. Dziś mamy jechać do klubu i na teatr. Mógłbyś z nami... ale w tych szatach nie sposób. Wiesz co, włóż dziś moje suknie, jak to dawniej bywało. Jesteśmy jednego wzrostu.
Rafał przystał i poszedł za gospodarzem do gar-