Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

to miał zwyczaj czynić, gdy obok siebie wysiadywali godzinami na szkolnych ławach. Teraz to namacalne uprzytomnienie szkolnej zażyłości było dla Rafała szczególnie przyjemne. Po niejakim czasie Jarzymek nachylił się i zapytał, szepcąc, zupełnie jakby byli na lekcyi starego Nempe:
— Chciałbyś zagrać, stary?
— Nie, nie! — odpowiedział mu szeptem socyusz — dopiero przyjechałem... A zresztą... ja nie mogę grać tak hazardownie.
— Jakby się też stary cześnik dowiedział, Jezu Chryste, Panie miły!
— Ale nie o co, tylko...
— Tylko o co?
— To magnacka gra!
— Moje dziecko... — uśmiechnął się Jarzymski — nie wchodzilibyśmy też do gry tych ichmościów. Ja sam przecie nie przysiadam się do nich. Masz najzupełniejszą słuszność. To są grube sumy. Każdy, należący do motyi, musi przynieść spory worek. Gdybyś chciał, zagralibyśmy sobie po staremu, w wiścika, jak to na Kleparzu bywało, pamiętasz?
— No, w wista... Choć ja tyle już lat nie grałem...
— Ale gra została ci w głowie, tego nie skłamiesz.
— Gra mi nie obca, to prawda.
— A więc widzisz...
Jarzymski wyszedł, kazał przewietrzyć sąsiedni pokój i rozstawić tam stoliki. Zarazem poszeptał protekcyonalnie z młodzieńcami, którzy równie jak Rafał przypatrywali się grze ogólnej. Zapoznał ich z Rafałem,