Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— To nic. Chodzi o to, żebyś umiał w razie potrzeby napisać. Potrafisz?
— Potrafię.
— Wszakże — ciągnął pan z uśmiechem chodziłeś na filozofię?
— A tak... Chodziłem.
— Po łacinie umiesz także.
— Umiem.
— Otóż to właśnie! Ponieważ ja w łacinie jestem prawie ignorant, a muszę teraz dużo czytać w tym języku, więc ty mi będziesz na polskie tłumaczył.
— Jestem do usług.
— I jeszcze jedno. Wkładam na ciebie obowiązek milczenia o tem, co tu będziemy pisali, czytali, mówili i robili, obowiązek milczenia zupełnego. Nie powiesz o tem nikomu ani jednego wyrazu. Dasz mi na to uroczyste, szlacheckie słowo. Czy możesz mi dać takie słowo?
— Daję na to słowo honoru.
— Mówię ci to zaraz, gdyż chcę, żebyś od pierwszej chwili przyzwyczaił się do tego, że nic o mnie nie wiesz, nic nie słyszałeś, nic wreszcie nie rozumiesz.
— Słucham księcia pana.
— Teraz idź spać i posilić się. Masz tu pokojów bez liku. Wybierz sobie, który ci się podoba, i zajmij. Musisz tylko poprzestać na jednym służącym, który i mnie obsługuje. Gdy się wyśpisz po drodze, przyjdź do mnie.
Rafał, oszołomiony tem wszystkiem, nie mógł zebrać myśli. Najbardziej podobała mu się perspektywa